Изменить стиль страницы

Pod koniec tygodnia wrócił fotograf wysłany przez „Journal” na północ Florydy. Rozłożył zrobione przez siebie zdjęcia na biurku przed Cowartem. Było tam kolorowe ujęcie Fergusona w celi, wpatrującego się w obiektyw poprzez kraty. Było zdjęcie drenu, kilka ujęć z Pachouli, zdjęcie domu Shriverów, szkoły. Było kilka fotografii, które Cowart widział na ścianach w podstawówce. Było zdjęcie Tanny’ego Browna i Bruce’a Wilcoxa, wychodzących z biura do spraw zabójstw w okręgu Escambia.

– Jak ci się udało to zrobić? – spytał Cowart.

– Siedziałam cały dzień na czatach i czekałam na nich. Nie powiem, żeby byli zachwyceni.

Cowart przytaknął zadowolony, że jego tam nie było.

– A co z Sullym?

– Nie zgodził się na zdjęcie – odparł fotograf. – Ale mam jego dobre ujęcie wykonane podczas procesu. Popatrz. – Wręczył fotografię Cowartowi.

Widniał na niej Blair Sullivan kroczący wzdłuż korytarza w sądzie, ze spętanymi nogami i rękami, trzymany za ramiona przez dwóch rosłych policjantów. Robił do obiektywu szyderczą minę, śmiejąc się i grożąc zarazem.

– Nie rozumiem jednego – powiedział fotograf.

– Czego?

– Jakbyś zobaczył, że ten facet podchodzi do ciebie na ulicy, jestem pewien, że zwiałbyś w drugą stronę. Na pewno nie wsiadłbyś do jego samochodu. A Ferguson, do diabła, nawet jak patrzy na ciebie z gniewem, też nie wygląda tak cholernie strasznie. To znaczy, jemu mogłoby się udać namówić mnie, żebym wsiadł do jego samochodu.

– Nie rozumiesz – odparł Cowart. Podniósł zdjęcie Sullivana. – Ten facet to psychopatyczny morderca. Byłby w stanie namówić cię do wszystkiego. Tu nie chodzi tylko o tę dziewczynkę. Pomyśl o wszystkich innych jego ofiarach. Co powiesz na to stare małżeństwo, któremu pomógł zmieniać koło? Pewnie jeszcze mu podziękowali, zanim ich zabił. Albo kelnerka. Poszła z nim, przypominasz sobie? Po prostu chciała się trochę zabawić. Myślała, że idą na imprezę. Nie sądziła, że to morderca. A chłopak w sklepiku? Miał tuż pod kasą przycisk uruchamiający alarm. Ale go nie uruchomił.

– Sądzę, że nie miał czasu.

Cowart wzruszył ramionami.

– Ja w każdym razie na pewno nie wsiadłbym do jego samochodu – powiedział fotograf.

– I słusznie. Już byś nie żył.

Zajął całe swoje stare biurko na tyłach sali redakcyjnej, rozkładając wokół siebie wszystkie notatki i wpatrywał się w ekran komputera. Przez krótką chwilę, gdy ekran przed nim był zupełnie pusty, poczuł nagłe zdenerwowanie. Minęło sporo czasu, od kiedy napisał ostatni felieton, i zastanawiał się, czy nadal posiada dawny kunszt. Szybko pomyślał: Na pewno się uda – i pozwolił podnieceniu zepchnąć na bok wszelkie wątpliwości. Zaczął od opisu dwóch mężczyzn zamkniętych w celach; jak wyglądali, jak się wypowiadali. Pokrótce opisał, co widział w Pachouli i zwrócił uwagę czytelnika na potężne napięcie drzemiące w jednym z detektywów i gwałtowny wybuch gniewu drugiego. Słowa z łatwością, równomiernie, napływały mu do głowy. Nie myślał o niczym poza nimi.

Trzy dni zajęło mu napisanie pierwszego artykułu, dwa, żeby stworzyć drugą część. Jeden dzień spędził poprawiając styl, jeszcze jeden dodając przypisy.

Dwa kolejne dni sprawdzał tekst, linijka po linijce, wraz z redaktorem działu miejskiego. Następnego dnia z prawnikami – denerwująca analiza każdego słowa. Stał nad deską rozkładową, gdy podejmowano decyzję o zamieszczeniu jego materiału na pierwszej stronie wydania niedzielnego. Główny tytuł brzmiał: SPRAWA PEŁNA PYTAŃ. Podobał mu się. Podtytuł: DWAJ MĘŻCZYŹNI, JEDNA ZBRODNIA I MORDERSTWO, O KTÓRYM WSZYSCY PAMIĘTAJĄ. Też mu się podobał.

W nocy leżał w łóżku nie mogąc zasnąć i rozmyślał: Mam. Udało mi się. Naprawdę się udało.

W sobotę, w przeddzień ukazania się artykułu, zadzwonił do Tanny’ego Browna. Detektyw był w domu, a na posterunku nie chcieli podać mu jego zastrzeżonego numeru. Poprosił sekretarkę, żeby przekazała detektywowi, aby do niego oddzwonił, co też uczynił godzinę później.

– Cowart? Tanny Brown z tej strony. Myślałem, że to już koniec naszych rozmów.

– Chciałem tylko dać panu szansę skomentowania materiału wykorzystanego w artykule.

– Pewnie taką samą, jaką dał nam ten wasz cholerny fotograf?

– Przepraszam za to.

– Zastawił na nas pułapkę.

– Przepraszam.

Brown zamilkł na chwilę.

– Przynajmniej mam nadzieję, że nie wyszedłem na tym zdjęciu najgorzej. Człowiek zawsze jest trochę próżny – powiedział.

Cowart nie mógł się zorientować, czy detektyw żartuje, czy nie.

– Całkiem nieźle – odparł. – Jak fotografia z magazynu „Dragnet”.

– No to może być. Czego pan chce?

– Chce pan dołączyć jakiś komentarz do artykułu, który jutro się ukaże?

– Jutro? O cholera. Chyba będę musiał wcześnie wstać i iść do kiosku. To będzie głośna sprawa?

– Tak.

– Pierwsza strona? Staniesz się pan gwiazdą, co, Cowart? Będziesz słynny?

– Tego nie wiem.

Detektyw roześmiał się kpiąco.

– To jest atutowa karta Roberta Earla, tak? Myśli pan, że to mu pomoże? Sądzi pan, że wydobędzie go pan tym z celi śmierci?

– Nie wiem. Ale to bardzo ciekawy artykuł.

– Nie wątpię.

– Chciałem tylko dać panu możliwość załączenia oświadczenia.

– Powie mi pan w końcu, czym on jest?

– Tak. Powiem. Teraz jest już napisany.

Głos Tanny’ego Browna umilkł na chwilę w słuchawce.

– Pewnie napisał pan o pobiciu go i te wszystkie bzdury? Ten kawałek o pistolecie, zgadza się? – zapytał.

– Jest tam opisana jego wersja. Jest również napisane, co pan twierdzi.

– Tylko że nie za bardzo wyeksponowane, co?

– Obydwie wersje są wyeksponowane w jednakowym stopniu.

Brown roześmiał się.

– Na pewno – powiedział.

– No więc, czy chciałby pan dołączyć bezpośredni komentarz?

– Podoba mi się słowo „komentarz”. Dużo wnosi, prawda? Jest układne i bezpieczne. Chce pan, żebym skomentował treść artykułu? – W jego głosie wyraźnie brzmiał sarkazm.

– Tak. Chcę, żeby miał pan taką możliwość.

– Mam możliwość. Możliwość wykopania sobie głębszego grobowca – powiedział detektyw. – Wpędzenia się w jeszcze gorsze tarapaty niż te, w których już się znajduję, tylko dlatego że nie naopowiadałem panu steku kłamstw. Oczywiście. – Złapał oddech i ciągnął dalej głosem niemal smutnym. – Mogłem w ogóle nie dopuścić pana do żadnych danych, ale nie zrobiłem tego. Czy napisał pan to w swoim artykule?

– Oczywiście.

Tanny Brown roześmiał się krótkim, szyderczym śmiechem.

– Wiem, jak pan sobie wyobraża dalszy ciąg tej sprawy. Ale jedno panu powiem. Myli się pan. Niezmiernie się pan myli.

– Czy to chciał pan powiedzieć?

– Sprawy nigdy nie toczą się tak gładko, czy tak po prostu, jak ludzie tego chcą. Zawsze powstaje bałagan. Zawsze padają pytania. Zawsze pojawiają się wątpliwości.

– Czy to właśnie chciał pan powiedzieć?

– Nie, chciałem tylko, żeby pan to zrozumiał. – Detektyw roześmiał się nerwowo. – Ciągle jest pan twardziel, co, Cowart? Nie musi pan na to odpowiadać. Już znam odpowiedź. – Minęła dłuższa chwila.

Cowart wsłuchiwał się w głęboki, złowieszczy oddech po drugiej stronie słuchawki, zanim Tanny Brown w końcu się odezwał słowami, grzmiącymi jak daleka burza.

– Dobrze. Oto mój komentarz. Pierdol się.

I odłożył słuchawkę.