Изменить стиль страницы

– O, ja też znam, całe tuziny – zakpił Twardokęsek. – Ale wszyscy zanadto rozsądni, żeby się w żalnickie powstanie bawić.

– A was się jeno kpiny trzymają – obruszył się Pleskota. – Poważnie gadam, od serca.

Zbójca zmilczał, bo nie chciał znów krewkiego waszmości urazić. Nadto Cherchel nalał właśnie gorzałki w kubek. A Twardokęsek słusznie rozumował, że jak się Pleskota gadaniem zajmie, nie będzie mu czynić konkurencji do trunku.

– Widzicie – szlachcic poprawił się na zasłanej derką słomie, której gospodarz znów naniósł z komórki – mój ród z dawien dawna w tutejszych lasach siedzi. Wioski w porębach mamy, głęboko w borze ukryte, niezasobne może, jednak nasze własne. Ziemi ornej niewiele, ale puszcza nas żywi. My też o nią dbamy jak rzadko, bo opiekunka to nasza i najlepsza obrona.

Twardokęsek pokiwał głową, żeby go przypadkiem do dalszej opowieści nie zniechęcić.

– Jest też wielu innych, co po lasach siedzą. Borowych, smolarzy, węglarzy, bartników. Wszyscy ludzie wolni, z kniaziowskiego nadania po okolicy chodzą, nikomu się nie kłaniają ani podatku nie płacą, bo tak prawo stanowi. Ale za przywileje jest obowiązek jeden, przed wiekiem nałożony. Taki mianowicie, że puszczę przepatrują i strzegą jej dla kniazia jegomości. Stąd ich nazwa idzie – Leśna Straż – i oni zawdy pierwsi o każdej ruchawce wiedzą, co się w tutejszej puszczy skrycie ulęgnie.

– Tedy niezawodnie służą Wężymordowi dobrą pomocą – zauważył sarkastycznie zbójca.

– Nie kpijcie! – ofuknął go Pleskota. – Jak nas Pomorcki napadł i Rdestnik spalił, tośmy się w lasy zapadli i znaku czekali. Ale na darmo.

– A Jastrzębiec?

– Jastrzębiec przed bogów sądem – zniżył głos – ale to wam w konfidencji rzeknę, że warchoł był, okrutnik i piekielnik. Z początku się wielce krygował i do naszych przymilał, i wtedy mu jakiś cap durny nieopatrznie o Leśnej Straży napomknął. Ale jest zwyczaj stary, że jeden spomiędzy panów borowym ludziom przewodzi. A jemu się Jastrzębiec bardzo nie widział. Tedy rozkaz dał Straży, aby się od lipnickiej rebelii z daleka trzymać.

– Kto taki? – zapytał bystro zbójca.

– Bogorii ojciec – odparł Pleskota, po czym zamilkł, jakby przestraszony własną śmiałością. – On ninie stary – odezwał się znów po chwili – ale okolicę po dawnemu w garści trzyma i nikt tu w puszczy bez jego zgody najdrobniejszej rzeczy nie uczyni. Jeno że wyście Bogorii druh, tedy wam poradzę, byście go poprosili, aby za wami przed panem ojcem przemówił. Może być, ludzi zyskacie wiernych, co w całych Wilczych Jarach nie mają sobie równych, a wszelkie zakamarki pogranicza znają. Wówczas bezpieczni będziecie. Wy i nasz panicz… – Potem zaś już tylko pił i żadnym sposobem nic więcej nie mógł z niego zbójca wydobyć.

* * *

Zadymka rankiem ustała. Pleskota skoczył przodem, aby drogę wybadać, bo zbójca choć niedaleczko było do lipnickiego obozowiska, nie chciał po pomoc posyłać. Szlachcic prędko wrócił, gadając, że dalej w lesie śnieg niższy leży i da się przejechać. Oboje gospodarze nawet nie próbowali skrywać ulgi, gdy ciężkie wiergowskie wozy wytaczały się kolejno z majdanu. Ale skoro minęły opłotki, Twardokęsek, który szedł przodem i prowadził zaprzęg, zatrzymał się nagle i pędem skoczył na powrót w opłotki.

Kmiotek odruchowo cofnął się i zasłonił głowę.

– Co się strachasz, durny? – warknął zbójca. – Od nich jesteś bezpieczny – machnął ręką ku gnojownikowi – a my się rychło nie wrócim. Ale tak mi przez myśl przeszło, że może komuś się zechce o tamtych zaciężników zatroszczyć.

– Nic nie powiem, panie. – Wieśniak rzucił się zbójcy do kolan. – Przysięgam, że nie powiem, panie.

– Wstawaj. – Twardokęsek odtrącił go z odrazą. – Kiedy właśnie chcę, byś gadał. Więc jak ktoś tu przylezie i będzie się o nas pytał, ten znak mu pokażesz. – Wyjął zza pazuchy małą srebrną gwiazdkę, którą mu Szarka zostawiła tego dnia, gdy odpłynęła z Urocznej Przystani, i z całej siły wbił go we framugę ponad głową kmiotka. – A zapamiętaj jeszcze, że jakbyś ten znak wyciągnął, choćby z martwych się wrócę i kulasy ci obetnę. Rozumiesz?

Chłop skwapliwie skinął głową.

Kiedy Twardokęsek odwrócił się i podszedł do furgonu, zobaczył, że Nieradzic, zbójcy z Przełęczy Zdechłej Krowy i Pleskota z krewniakami przypatrują mu się od płotu ze zdumieniem wypisanym na twarzach.

ROZDZIAŁ ÓSMY

Wicher rzucił Zarzyczce w twarz kłąb czarnego, cuchnącego dymu. Niewiasta, która płonęła na stosie, nie była wiedźmą. Nie była też nikim innym, nikim wartym pamięci, tylko zwyczajną wiejską babą o włosach ściśle upiętych pod czarną chustką. Nie poruszyła się, nie wydała żadnego dźwięku. Zresztą nie żyła już wtedy, gdy kat przywiązał ją do sosnowego dyla na kupie bierwion i chrustu.

– Nie potrzeba nam więcej wrzaskliwych męczenników – powiedział sucho Wężymord, kiedy pachołkowie wlewali między zaciśnięte zęby skazanej napar z trujących jagód. – Ale te napaści muszą się wreszcie skończyć.

Wraz z nastaniem mrozów w Żalnikach uspokoiło się trochę. Szalony prorok, który nazywał Zarzyczkę plugastwem i żądał jej śmierci, zapadł się w dzikie puszcze na paciornickim pograniczu i jego wysłanników nie oglądano więcej w Uścieży. Dopiero cztery dni temu wichry podniosły się nad Cieśninami Wieprzy i zimno zelżało nieznacznie. Pierwszy raz od wielu dni Zarzyczka zeszła na dziedziniec i zatrzymała się u studni, jak zwykły czynić przed nią tuziny pań uścieskiego zamku – przywilej małżonek władcy, które właśnie tam rozdzielały jałmużnę i słuchały próśb. Rozdała sakiewkę srebra pomiędzy gromadkę wynędzniałych dzieci, zmierzwiła włosy szczerbatego ulicznika i chciała iść dalej, kiedy drogę zastąpiła jej blada kobieta z podróżną sakwą przewieszoną przez ramię. Uczepiony jej spódnicy rudowłosy chłopiec zatoczył się na chudych, koślawych nóżkach. Mimowolnie podtrzymała go, nim upadł w błoto i końskie nieczystości.

Przez chwilę krótką jak oddech Zarzyczka widziała oczy jego matki ponad krawędzią kaptura, żółtobrązowe, z wielkimi ciemnymi punktami niemal przesłaniającymi źrenice. Potem kobieta jęła złorzeczyć i wykrzykiwać klątwy, a kaptur opadł na plecy, odsłaniając oblicze. Właściwie już nie twarz, lecz maskę pokrytą ledwo przyschniętymi strupami i siną wybroczyną. Studnia, pomyślała z przerażeniem księżniczka, która bardzo dobrze pamiętała, jakim sposobem szczuracy pokonali Kopienników. Zatruli naszą studnię.

Jest powód, aby nas nienawidzić, pomyślała księżniczka, spoglądając w płomienie. Nie mamy ani mieczy wykutych w nieludzkich kuźniach, ani żmijowych harf, które usypiają dzikie zwierzęta. Więc po kolei kradniemy naszym ludziom potężnych bogów ponad chmurami, dobrotliwych władców w ich kamiennych zamkach i wędrownych braciszków, którzy wróżą pomyślność i urodzaj. A na końcu nawet tępe noże o rękojeściach z chropawego drzewa.

Nie mamy nic prócz ognia, pomyślała. Zbyt mało, by kogokolwiek powstrzymać.

Palce Wężymorda zacisnęły się na jej ramieniu.

– Sama litość też nie wystarczy – powiedział. – Czy chcesz pozwolić się zabić?

Nie wiem, pomyślała. Może.

Przez całą zimę Zarzyczka śniła o śmierci. W majakach drzwi chaty kołysały się na zerwanym zawiasie i biegła ku nim wzdłuż rzędów słoneczników i malw tylko po to, by potknąć się w progu o martwe dziecko. Albo znajdowała je pomiędzy jabłoniami, na wpół zakopane w stercie zgrabionych liści, z twarzą tak stratowaną kopytami, że nie mogła rozpoznać rysów. Nadziane na żerdź w kopcu siana na stoku wzgórza, z oczyma wydziobanymi przez ptaki. Powieszone na belce tuż przed paleniskiem z wydobytych ze strumienia otoczaków. Rozszarpane przez psy na podwórcu.

Każdy sen był inny. Tylko dziecko nieodmiennie umierało i nie mogła choćby tylko zobaczyć jego twarzy.

Jeśli było w tych majakach ostrzeżenie od bogów, nie potrafiła go zrozumieć. Nie widziała nawet, skąd przychodzą mordercy. Każdej nocy biegła coraz szybciej, lecz nigdy dość prędko, by ich zaskoczyć. Czasami zdawało się jej, że dostrzega wysoko na stokach sylwetki jeźdźców w szpiczastych kapturach kapłanów Zird Zekruna. Jednak słońce świeciło prosto w oczy i nie była pewna. Budziła się z rwącym bólem w piersi i wargami przegryzionymi do krwi. I nic nie rozumiała.